Navigation Menu+

blog

Second-hand stories

Posted by on 17:16 in Blog, China | 0 comments

PL/ Zasłyszane Pewnego dnia pewna Angielka, zapoznana w jedynym hostelu, jaki można znaleźć w mieście Datong, opowiedziała mi swoją przygodę. A ponieważ bardzo mi się ona spodobała, bo stanowi kwintesencję nieporozumień międzykulturowych, postanowiłam ją w tym miejscu przytoczyć. Na marginesie dodam, że Shelly (bo tak miała na imię Angielka) niedługo po wizycie w mieście, w którym się spotkałyśmy, wybierała się do… Korei Północnej! Wszystkich zafrapowanych losem dziewczyny dodam, że wróciła do domu cała i zdrowa. A wracając do sedna sprawy. Otóż pewnego dnia, w pewnym chińskim mieście, Shelly postanowiła dojechać w pewne miejsce lokalnym autobusem. Miała bilet. Przekonana o tym, że wsiada do trójki nieopatrznie wsiadła do trzynastki. Pokazuje swój bilet pani-kierowcy. Ta po swojemu daje jej znać, że to nie ten autobus i że źle wsiadła. OK – myśli Shelly – w takim razie wysiadam. Zwraca się do wyjścia i w chwili kiedy jej stopa wisi już ponad jezdnią, w nadziei, że zaraz stanie poza pojazdem, dziewczyna czuje jak ktoś chwyta ją za ramiona i nie pozwala wysiąść, krzycząc przy tym w niebogłosy. Chwilę potem wszyscy pasażerowie autobusu zaczynają do niej, na nią lub tak po prostu, krzyczeć. Drzwi się zamykają. Zdziwiona tak nagłym przebiegiem akcji Shelly myśli – OK, wysiądę na następnym. Otóż nie wysiądzie. Kiedy próbuje opuścić autobus na następnym przystanku sytuacja się powtarza; pani-kierowca wciąga ją do środka i nie daje wyjść. To już podejrzane. Shelly coraz bardziej zaczyna wpadać w panikę; wie, że źle wsiadła, jedzie w niewłaściwym kierunku, na dodatek nie pozwalają jej wyjść, żeby mogła naprawić swój błąd. Otoczona liczną grupą Chińczyków, mówiących coś do niej w swoim narzeczu, poddaje się. Dojeżdża wraz z resztą do końca trasy, gdzieś na skraju miasta. Pani-kierowca cały czas obstaje przy swoim. Teraz zostały już w całym autobusie tylko we dwie. Po dłuższej chwili ruszają z powrotem w stronę miasta. Jednak tym razem inną trasą. Po drodze nie biorą żadnych pasażerów. Shelly i Chinka, zdane tylko na siebie nawzajem, choć raczej ta pierwsza zdana na tą drugą. Jedna wie wszystko, druga nie wie nic. W głowie zagubionej (dosłownie i w przenośni) dziewczyny kłębią się już mroczne teorie o jej uprowadzeniu przez miejscową psychopatkę z prawem jazdy kategorii D, żerującą na bezbronnych obcokrajowcach. Ci wszyscy ludzie z autobusu na pewno byli podstawieni! Przecież widziała i czuła wyraźnie jak pomagali złej kobiecie i nie dopuszczali jej samej do drzwi. Teraz pewnie, pozbywszy się świadków, wiezie ją do swojej nory na drugim końcu miasta. Przez radio ogłosiła oficjalnie przerwę i zniknęła z radarów. Nawet gdyby ktoś chciał teraz szukać Shelly w tym dwumilionowym mieście, to nie wiedziałby gdzie zacząć. Piwnica psychopatki z pewnością wypełniona jest po brzegi pamiątkami po poprzednich zagubionych. A zgubić się w Chinach dość łatwo. Więc może piwnice były dwie, albo nawet trzy? Przez lata pracy w miejskiej komunikacji musiała zarzucić sidła na wiele ofiar. Niczym pająki w jej własnych ciemnych i wilgotnych piwnicach, przenikniętych zapachem stęchlizny i kurzu. To wprost wymarzone miejsce do praktykowania na ludziach zakazanych form medycyny chińskiej. Kiedy tak Shelly roztaczała wizję swojego rychłego i niezbyt przyjemnego końca, okazało się, że pani-kierowca zmieniła kurs tylko po to, żeby zawieść nieszczęsną turystkę na dworzec i wsadzić ją do właściwego autobusu. Kiedy były już na dworcu kobieta chwyciła Shelly pod rękę i krzycząc coś na boki zaprowadziła ją tam, gdzie trzeba. Co dokładnie wykrzykiwała po drodze? Tego można się jedynie domyślać, ale prawdopodobnie coś w stylu: “Przepuśćcie mnie! Mam tu kolejną białaskę, która się zgubiła!”. Tak oto zbłąkana Shelly, po długotrwałych perturbacjach dotarła tam, gdzie chciała. Koniec końców pani z autobusu okazała się bardzo pomocna. I chwała jej za to. Szkoda tylko, że Shelly jej nie rozumiała, bo niewątpliwie przeżyła chwilę (nawet niejedną) grozy. Ale teraz przynajmniej ma o czym wnukom opowiadać.   EN/ Second-hand stories An English girl, whom I met in one hostel in Datong (btw, the only hostel you could find in that city) told me once her story. I found it so amusing, as it seems to be the quintessence of intercultural misunderstandings, that I’ve decided...

read more

Sacrum Profanum

Posted by on 12:08 in Blog, Portfolio, USA | 0 comments

PL/ …czyli dawno temu w Ameryce Grunt to być we właściwym miejscu, o właściwym czasie. Jak nigdy wcześniej przekonałam się o tym przybywając pewnego dnia do San Francisco. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że miałam niebywałe szczęście, że znalazłam się tam akurat wtedy. Gdyby nie drobna zmiana planów nie byłoby tego wpisu. Na szczęście los chciał inaczej. W San Francisco panuje przedziwny mikroklimat, który sprawia, że kiedy w całej Kalifornii jest gorąco, w tym mieście jest akurat zimno i na odwrót; kiedy inni marzną, mieszkańcy SF mogą się opalać. Przekonałyśmy się o tym na własnej skórze, razem z moją towarzyszką podróży, kiedy po powrocie z dwutygodniowych wojaży wypożyczonym samochodem, powróciłyśmy do miasta. Zastałyśmy gorące późno-wrześniowe słońce, które w ostatnich dniach wcale nas nie rozpieszczało. Samochód trzeba było oddać do godziny jedenastej. Spieszyłyśmy się, bo w mieście wszędzie korki, a za spóźnienie była kara. Na szczęście, mimo lekkiej paniki udało nam się wydostać z labiryntu jednokierunkowych ulic i dotrzeć do celu na czas. Bak wypełniony do pełna, a konto spłukane do zera. Mogłyśmy ruszać dalej. Pozbywszy się odpowiedzialności za samochód, obarczone jedynie własnymi bagażami poszłyśmy w stronę najlepiej znanej nam ulicy – niejakiej Folsom Street, przy której mieszkałyśmy dwa tygodnie wcześniej. Tam zamierzałyśmy coś zjeść na śniadanie (najpewniej wielkie naleśniki z bananami i sosem klonowym), ale w drodze do celu coś nas zatrzymało i opóźniło pierwszy tego dnia posiłek. Idąc jedną z ulic w centrum miasta usłyszałyśmy rozchodzące się po całej okolicy śpiewy. Z każdym naszym krokiem głosy były coraz donośniejsze i wyraźniejsze. Nie trzeba było się długo zastanawiać, co to za rodzaj muzyki; ten styl rozpoznaje się w mig. Gospel. Z okien pierwszego piętra jednej z kamienic dochodziły radosne dźwięki, rytmiczne klaskanie w dłonie i przepiękny głos wokalisty. Kto jak kto, ale gospelowi headhunterzy mają nosa do prawdziwych talentów; ta muzyka jest zawsze śpiewana przez ludzi o bardzo silnych i charyzmatycznych głosach. Tam nie ma lebiodek, które nieśmiało wznoszą swoje modły do nieba. W tych głosach jest siła, która nie pozostawia nikogo obojętnym. Może właśnie ta siła i charyzma przyciągają do kościoła w Stanach tak wielu wiernych? A kościołów ci u nich bez liku. Ten akurat, na którego „mszę” miałyśmy okazję trafić, nie był klasycznym kościołem katolickim, ani protestanckim. To było raczej coś w rodzaju sekty, takie niezależne, jedno wielu, zgromadzenie w słusznym celu. Zgromadzenie to, którego nazwy, niestety, nie było mi dane zapamiętać, zachęcało do współudziału zarówno duchowego jak i finansowego (a jakże! Wszak bez niego by nie istniało). Zachęcało tak bardzo, że każdy mógł wejść na salę i przyłączyć się do nabożeństwa choćby na chwilę. A nuż jakaś nowa duszyczka zasili szeregi zgromadzenia. Zaintrygowane weszłyśmy. Kilka osób sterowało ruchem na sali oraz przed wejściem, żeby wszystko przebiegało sprawnie i nie tworzył się zator. Chcesz wejść? – proszę. Chcesz wyjść? – też w porządku. Na tym etapie nikt nikogo do niczego nie zmusza. Nie narzuca. Cokolwiek by się stało, ty trwasz w przekonaniu, że jesteś tu z własnej woli. Zastanawiam się, czy na dalszych etapach wtajemniczenia jest równie niezobowiązująco. Nie zaryzykowałam głębszego (niż pozwala mi na to moja ciekawość świata) zaangażowania, aby to sprawdzić. Usiadłyśmy obok jakiejś wielodzietnej rodziny i już po chwili dałyśmy się ponieść. Ostatecznie nigdzie się nie spieszyłyśmy, a śniadanie… no cóż, na chwilę o nim zapomniałyśmy. Występy kolejnych muzyków przeplatały się z przemówieniami licznych ochotników. Były historie o niesieniu pomocy, okazywaniu miłości, przykłady z własnego życia wzięte, nadrzędne wartości powtarzane jak mantra. Jakiś chłopak wyszedł na scenę i opowiadał swoją historię; jak leżał w szpitalu po wypadku, a koleżanka ze zgromadzenia przyszła w odwiedziny, przyniosła mu coś do jedzenia, wspierała go, a on nigdy wcześniej od nikogo takiego wsparcia nie doświadczył. Zrobiło się wzniośle i pompatycznie, tak amerykańsko. Tak, jak to znamy z filmów, gdzie wszyscy trzymają się za ręce przekonując się nawzajem, że nie ma jak wspólnota. Chłopak zszedł ze sceny, a zastąpiła go pewna blondynka, która swoim głosem zrobiła na mnie jeszcze bardziej piorunujące wrażenie niż niejeden czarnoskóry, występujący przed nią. Swoją drogą, gdybym na nią w tamtej chwili nie patrzyła pomyślałabym, że jest czarna. Przecież biały nie może mieć...

read more

PKP made in China

Posted by on 20:19 in Blog, China | 0 comments

PL/ Na chińskie koleje państwowe postanowiłam przeznaczyć osobny wpis, bo w istocie zasługują one na to wyróżnienie. Ale zaznaczam, żeby nie było nieporozumień, system działa bardzo sprawnie, a podróże tamtejszymi pociągami wspominam dziś z nutką wzruszenia. Jednak dla kogoś kto przybywa do Chin po raz pierwszy i nie zna języka, orientacja w tym jak ów system działa jest nie lada wyzwaniem. Osobiście co nieco wiedziałam już przed przyjazdem do Pekinu, oświecona przez życzliwych znajomych. To pomogło, ale i tak nie ma takiej rady, która by Cię przygotowała na pekiński dworzec. To zjawisko samo w sobie. Chyba w żadnym innym mieście proces przedostania się do pociągu nie wygląda tak jak tu. Ale od początku: Bilet na pociąg (zakładając, że chcemy jechać nocnym, kuszetką, bo jedzie się ok 8 godzin) trzeba kupić z wyprzedzeniem, ale nie większym niż dwa tygodnie przed odjazdem. W Chinach z pociągów korzystają wszyscy, bo to najbardziej popularna forma transportu. Prawie każdy pociąg ma 3 rodzaje miejscówek: “soft sleper”, “hard sleeper” i “hard seat”. Jak się nie zdąży na czas kupić miejsc leżących, pozostają miejsca siedzące, albo… stojące (dla wytrwałych). Z dużą pomocą znajomych stacjonujących w Pekinie udało mi się nabyć 3 miejscówki typu “hard sleeper” (czyli prycza w wagonie bez przedziałów, w sumie na ponad 60 osób) na wszystkie zplanowane podróże. Nie muszę chyba dodawać, że wszystkie miejsca były ostatecznie zajęte. Po zakupieniu biletów przez internet pozostało mi “jedynie” odebrać je w kasie na dworcu. Swój pierwszy dzień w mieście przeznaczyłam m.in. na załatwienie tej właśnie sprawy. Dworzec w Pekinie jest duży. To mogłam przewidzieć. Nie wiedziałam jednak dokładnie gdzie mam swoje bilety odebrać. A od ich odebrania musiałam zacząć, gdyż do głównej części dworca nie da się bez biletu wejść. Wiedziałam tylko tyle, że miejsce odbioru może się znajdować w lewej części budynku, albo w prawej. Zaczynam od lewej. Po przedarciu się przez morze czarnowłosych głów na trasie stacja metra – budynek dworca, docieram do celu. Ale to chyba nie tu. Widzę drzwi, a drzwiami dosłownie wylewa się kolejne morze ludzi. Ok, tutaj się chyba czeka na tych, co właśnie do Pekinu przyjechali. Omiatam wzrokiem wszystkie możliwe okienka, jakie widzę na ścianie budynku, w nadziei, że zobaczę jakąś kasę biletową. Nic nie widzę. Zaczynam pytać po angielsku przypadkowych przechodniów: “przepraszam, gdzie odbiorę bilet?”. Dla podkreślenia o co mi chodzi pokazuję wydrukowaną rezerwację. Każda kolejna osoba rozkłada ręce, nikt nie wie o co mi chodzi. Równie dobrze mogłabym pytać  “myślisz, że zaraz zacznie padać?” albo “gdzie kupiłaś tę koszulkę?”. Nikt mnie nie rozumiał. Przetoczywszy się przez szeregi nic-niewiedzących dotarłam do kobiety, która postanowiła się nade mną ulitować i wskazując palcem w prawo rzekła: “ticket office”. Była umundurowana. To wiele wyjaśnia. Tacy zazwyczaj wiedzą więcej. Nie zawsze udaje im się tę wiedzę przekazać, ale warto próbować. Tym razem się opłaciło. No to już wiedziałam, gdzie iść. Mniej więcej. Czyli jednak mogłam zacząć od prawej strony… Stoję przy kasie; mam szczerą nadzieję, że przy właściwej. Kiedy przychodzi moja kolej podaję pani po drugiej stronie 3 kartki z wydrukowanym numerem rezerwacji. Patrzy, przegląda, bierze mój paszport, zaczyna coś wypełniać w komputerze. Uff – jest dobrze, wygląda na to, że zaraz dostanę bilety. Były opłacone przez internet, więc moim zadaniem jest tylko odebrać wydrukowane egzemplarze. Pani robi swoje, po kolei sprawdza każdą rezerwację, już prawie kończymy, już witam się z gąską, kiedy nagle pani zaczyna spokojnie przeglądać swój notatnik. Między kartkami trzyma jakieś pieniądze i inne wartościowe papierki. Znajduje właściwą stronę i pokazuje mi przez okienko, a tam napisane w krzaczkach i po angielsku, że cena za każdym razem jest inna, trzeba dopłacić 10 juanów. Dobry patent. Ciekawe, jakie jeszcze zdania ma napisane w tym zeszyciku. Pierwsze słyszę, żeby miało być drożej niż to co już zostało zapłacone, ale przecież nie będę się z panią kłócić. I tak bym przegrała. Daję głowę, że nie miała przygotowanych alternatywnych odpowiedzi na wymianę zdań z awanturującym się obcokrajowcem. Płacę. Jak się okazuje później, te 10...

read more

7 wspaniałych

Posted by on 15:48 in Blog, China | 0 comments

PL/ czyli subiektywna lista moich ulubionych chińskich absurdów 1. PLUCIE I CHARKANIE; niekwestionowany nr 1. To ma chyba jakieś podłoże kulturowe (nie mylić z „kulturalne”). Miejscowi traktują to tak naturalnie jak stewardessy uśmiech. Nie da się przejść przez miasto nie słysząc tego średnio raz na kwadrans. Trzeba uważać, żeby nie ucierpiało na tym nasze obuwie. Mimo szczerych chęci nie udało mi się przyzwyczaić do tego zjawiska. 2. RUCH DROGOWY; Właściwie można powiedzieć, że to jeden wielki absurd. Podstawowa zasada – brak zasad. Choć podejrzewam, że w takich krajach jak Indie wygląda to jeszcze bardziej ekstremalnie, to i tak w chińskim wydaniu jest to ciekawa sprawa. Każdy jeździ jak chce i nikt – powtarzam NIKT – nie puści pieszego na pasach, nawet kiedy ten jest już na środku jezdni i…  ma zielone światło. Trzeba cierpliwie czekać i lawirować między okrążającymi nas samochodami. Zdarza się jazda pod prąd, ale nikogo to specjalnie nie dziwi, o migaczach mało kto słyszał. Wszystko okraszone jest symfonią klaksonów, które używane są przy każdej możliwej okazji, ba! nawet (albo zazwyczaj) bez okazji. Trąbić jest fajnie. Trąbi każdy. I na każdego. Generalnie po to, aby zaznaczyć swoją obecność na drodze: wyjeżdżam z ulicy podporządkowanej – biiiiip! – jadę koło ciebie – biiiiip! – mam cię po swojej lewej – biiiiip! – przeszkadzasz mi – biiiiip! – ….itd. Powodów jest bez liku, zawsze znajdzie się jakiś, który uzasadni użycie klaksonu. A właśnie, żeby było wygodniej i szybciej, klakson uruchamia się w większości aut nie poprzez uderzenie w środek kierownicy, ale przy użyciu małej wajchy znajdującej się dokładnie pod palcem prowadzącego, kiedy trzyma dłonie na kierownicy. Taka drobna rzecz, a jak ułatwia poruszanie się po drogach! Poza tymi, co już jeżdżą, jest jeszcze cała rzesza tych, którzy do tego dążą, a w Chinach nie jest to taka prosta sprawa. Jako, że przemysł motoryzacyjny bardzo szybko się rozrasta i samochodów, zwłaszcza w dużych miastach, przybywa w zawrotnym tempie, trzeba ten proces jakoś ograniczać. Poza oczywistym zdaniem egzaminu na prawo jazdy* (które jest obowiązkowe również dla obcokrajowców planujących jeździć autem po Chinach) trzeba przejść przez proces losowania rejestracji. Można mieć auto, można mieć prawo jazdy, ale nadal nie można jeździć, dopóki nie dostanie się numeru rejestracyjnego, a to trwa miesiącami. Zgłasza się swoją kandydaturę, ale nie ma gwarancji, że zostanie rozpatrzona pozytywnie. To skutecznie zniechęca wielu. Dodatkowym pomysłem na zmniejszenie ilości aut na ulicach miast np. Pekinu jest zakaz jazdy w jeden dzień tygodnia, ustalony indywidualnie dla każdego samochodu. Tak więc każdy kto ma auto, wie, że np. we wtorki nie może go używać. 3. TŁUMACZENIA POTRAW; to nie zdarza się wszędzie, ale miałam okazję trafić do miejsca, które osobiście uznałam za Mekkę najzabawniejszych nazw posiłków. O co chodzi? O angielskie wersje chińskich nazw dań. Miejsce, o którym myślę to Pingyao – urocze miasteczko ze starożytnym centrum, oferujące przyjezdnym zabytkową architekturę oraz dania różnej maści. W tym oto mieście, właściciele większości knajpek postanowili chyba solidarnie zawrzeć jakiś układ, co by w podobny sposób tłumaczyć potrawy ze swojego menu. Jak to robią – nie wiem, ale mam podejrzenia, że może się to sprowadzać do wrzucenia ich “krzaczków” do programu typu Google Translate, a co z tego wychodzi to już istna rozkosz dla oka. Myślę, że przekładanie tego na polski jest już zbędne. Poniżej zdjęcia moich ulubionych przykładów. 4. SKANOWANIE BAGAŻU: czynność zdecydowanie nadużywana w tym kraju. Prześwietlanie bagażu następuje przy wejściu do wszystkich newralgicznych miejsc: przy każdej stacji metra, przy dworcach, przy wejściach do atrakcji turystycznych na czele z Placem Tiananmen i Wioską Olimpijską w Pekinie. O lotniskach nie muszę już chyba wspominać, bo to się rozumie samo przez się, ale tutaj z kolei ta czynność jest zwielokrotniona. Z jednej strony taka polityka jest zrozumiała, zdarzają przecież bomby w metrze, ale odnoszę wrażenie, że jest jeszcze jeden powód takiego działania: bardziej zaawansowane kontrole to równocześnie dodatkowe miejsca pracy. W każdym metrze napotkamy co najmniej kilkoro mundurowych; jeden skanuje, drugi kieruje ruchem, trzeci sprzedaje bilety (chociaż są automaty, w kasie...

read more

Musztarda po obiedzie

Posted by on 08:00 in Blog, Portfolio, USA | 0 comments

PL/ czyli kilka słów o kilku stanach… Ilu podróżników, tyle opinii. Stany Zjednoczone to kraj specyficzny; wbrew pozorom nie daje się zaszufladkować. Nie pozwala na to nikomu broniąc się niebywałą różnorodnością. Przemierzając Stany ze wschodu na zachód czy z północy na południe można odnieść wrażenie, że odwiedza się różne państwa, posługujące się teoretycznie tym samym językiem (teoretycznie, bo i ten ulega modyfikacji w zależności od szerokości geograficznej). Niezależnie jednak od tego jakie kto ma wyobrażenie na temat Stanów, zdecydowanie warto odwiedzić ten kawałek Ziemi. Nie dlatego, że to kraj bogatszy i lepszy od naszego, że pracy jest więcej, słońce jaśniejsze, a trawa zieleńsza. Bynajmniej. Trawniki bywają z plastiku, a sytuacja materialna wielu ludzi jest naprawdę nieciekawa. Miasta, niegdyś przodujące w rankingach na najszybciej rozwijające się metropolie świata, dzisiaj bankrutują i ogłaszają upadłość z powodu kryzysu. Już to samo w sobie mogłoby być powodem do podróży po Stanach; jednego skusi bogate Las Vegas, drugiego zrujnowane Detroit. Ktoś pojedzie śladami Kerouac’a, ktoś inny śladami Elvisa.  Jeszcze inny pojedzie tam tylko po to, aby zobaczyć parki narodowe, które są rzeczywiście imponujące. Co jak co, ale przyrodę to Stany wygrały na loterii (chociaż sfałszowały losowanie). Jedno jest pewne: każdy, ale to naprawdę KAŻDY znajdzie tam coś dla siebie. Moja podróż do Stanów odbyła się w 2010 roku. Trochę czasu już minęło, a mimo to niektóre obrazy z tego okresu, powracające jak bumerang, są tak żywe, że prawie nabieram się na małe oszustwo czasowe, sądząc, że to było niedawno – tak, to już trzy lata temu, nie dwa, jak powiedziałam komuś pytana o to ostatnio. Tytuł tego wpisu sugeruje, że jest już sporo po czasie i szczerze mówiąc nie podejmę się nawet opisania wszystkiego z perspektywy tych trzech lat.  Moje wspomnienia przeszły solidne sito. Ale może to i dobrze, bo teraz zostały już tylko te przefiltrowane. No i zdjęcia. One zawsze zostają. Zatem z lekkim poślizgiem wrzucam to, co utrwaliło się zarówno w mojej głowie, jak i w aparacie. Żeby chociaż trochę ogarnąć całość podzieliłam ten worek bez dna na kilka kolejnych wpisów (albo raczej wrzut, bo więcej tu będzie obrazu niż słowa pisanego) o wspólnym tytule „Stanowe urywki” oraz o bliżej nieokreślonej częstotliwości pojawiania się.   EN/ Too little, too late that is a few words about a few states… How many travelers, so many opinions. The USA is a specific country which, despite the appearances, doesn’t let anyone pigeonhole it, fighting against it with its incredible variety. When you travel across the land, from north to south and from east to west you may easily get the impression that you’re actually visiting different countries, using theoretically the same language (theoretically as even that modifies depending on the latitude). Regardless of the fact how we picture The United States in our heads, this piece of Earth is definitely worth seeing. Not because it’s a country better or richer than ours, or because there’s more work for people, the sun shines stronger or the grass is always green. Not at all; the grass tends to be plastic and the financial difficulties of many people are nothing to envy. The cities, once being the fastest growing metropolies in the world, now struggle with crisis and declare bankruptcy. This is already good enough a reason to travel to US; one will feel tempted by the wealthy Las Vegas, the other one by the ruined Detroit. Someone will follow Kerouac, someone else will trace Elvis. And there will also be ones who go there only to see the national parks, which, indeed, are quite impressive. Say what you like but The States won it in a lottery (not to mention they forged the draw). One thing is certain; everyone, and I really mean it, will find something interesting for themselves out there. My trip to US...

read more

1 maja roku każdego

Posted by on 08:11 in Blog, Germany, Portfolio | 0 comments

PL/ Berlin ma ciekawą tradycję związaną z pierwszym dniem maja. Mieszkańcy miasta nie świętują wtedy długiego weekendu, wzorem swoich wschodnich sąsiadów, ale zbierają się od rana na ulicach, początkowo imprezując, jedząc, pijąc, tańcząc itp., a pod wieczór uczestnicząc w demonstracji antykapitalistycznej. O ile w ciągu dnia jest naprawdę niezła zabawa, o tyle podczas wieczornej demonstracji robi się już niezły dym. Jeżeli ktoś nie chce dostać zbłąkaną butelką w głowę, lepiej obserwować to wydarzenie z daleka. Sklepikarze, tradycyjnie, jak co roku, zabijają deskami wystawy swoich sklepów, bo bez strat się nie obchodzi; wybite szyby, kradzieże, podpalone samochody. Miasto zabezpiecza się oczywiście kordonami policji, która próbuje panować na tłumem. Ale tłum, jak wiadomo, ma to do siebie, że często właśnie nie da się nad nim zapanować. Kiedy pewnego, pogodnego 1. maja miałam okazję obserwować z boku to wydarzenie, najciekawsze wydało mi się to, jak ludzie potrafią się łączyć ponad podziałami. Solidarnie i przeciwko kapitalizmowi wystąpili obok siebie w szeregach: młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni, skini, anarchiści, muzułmanie, ci co na poważnie i ci co dla żartu, piękni i brzydcy, Niemcy i nie-Niemcy. Zastanawiam się ilu z nich pojawia się tam z pobudek politycznych. Nie wiem, czy naprawdę wierzą w to co głoszą i robią to, bo chcą coś osiągnąć i zmienić świat, czy może tylko po to, żeby się zabawić i dopełnić tradycji robiąc to samo, co w latach poprzednich. Pewna para uczestnicząca w paradzie ostrzega mnie przed robieniem zdjęć, bo to nie każdemu może się spodobać. Ktoś inny nie ma nic przeciwko, a niektórzy nawet ochoczo pozują. Początki demonstracji przebiegają pokojowo…   EN/ 1st May, each year Berlin has an interesting tradition related to the first day of May. The citizens don’t celebrate the long weekend, like their eastern neighbours do, but they gather around in the streets, initially to party, eat, drink and dance and later in the evening to join the anti capitalist demonstration. During the day there’s a lot of fun out there, whereas at night you can easily get into a lot of trouble. Trying to avoid being hit by a flying bottle, you’d be better off staying in the distance. The shopkeepers plank their windows, as usual, cause the damage will not be spared that night; broken glass, robberies, burning cars. The city cordons the mob off with the police trying to control it but the mob, as we know, usually doesn’t let anyone control it. One, sunny day i had the oportunity to observe this whole event and the thing that struck me the most was the fact that people can unite dispite the differences so easily. Together, against capitalism there were most various characters, walking hand in hand: the young, the old, women, men, skinheads, anarchists, muslims, those who do it for fun and those serious ones, the beautiful and the ugly, Germans and non-Germans. I’m wondering how many of them show up for political reasons. I don’t know if they really believe in what they proclaim and do it to change the world they live in or is it all just for fun, to do the same thing they did last year and keep the tradition alive. One couple warns me off from taking pictures, as some demonstrants may not like that. Some other people don’t mind or even pose willingly. The beginning of the demonstration is rather peaceful.   Tweet...

read more

Wisienka na torcie

Posted by on 08:13 in Blog, Portfolio, Sicily | 0 comments

  PL/ Etna nie wita z otwartymi ramionami. Nie jest przyjazna dla każdego, a już na pewno nie dla astmatyków. Na dzień dobry serwuje pył i dym, który wdziera się w płuca i nie pozwala oddychać. Po dotarciu do bazy u podnóża wulkanu zaczynasz kaszleć, chociaż nie wiesz czemu, bo nie widzisz przyczyny. Ba! nawet jej za bardzo nie czujesz. Jest gorący i suchy wrzesień. Być może w innych porach roku to miejsce jest bardziej przyjazne, ale ja mogę tylko bazować na tym jednorazowym doświadczeniu. Nie podejmuję się wejścia na szczyt pieszo, chociaż chętnych nie brakuje. Podziwiam tych dzielnych śmiałków, bo trasa jest dość uciążliwa. Nawet nie tyle ze względu na wysokość (ok 3323 m n.p.m. – na skutek wybuchów ta wartość ulega zmianie) co na gaz i popioły wydobywające się stale z wnętrza wulkanu i uprzykrzające wędrówkę pod górę. Zdobywanie szczytu sprowadza się do pokonania długiej, szutrowej trasy, którą idzie się w oparach kurzu wzniecanego przez busy pojawiające się co chwila na tej samej drodze. Ale do odważnych świat należy! – mokra chustka na twarz i po 8 godzinach jesteś na miejscu. Prawie wszyscy, którzy się na to decydują, mówią po skończonym trekkingu, że ich buty są do wyrzucenia. Wierzę. Zresztą być może nie tylko buty… Zamiast tego można wybrać kolejkę linową i busa – na pewno szybciej, ale i dużo drożej. Niestety. Mamy pecha. Tego dnia kolejka jest nieczynna. Zepsuła się kilka godzin wcześniej. W odwodzie zostają tylko busy kursujące z dolnej bazy na górę, tam i z powrotem. A zatem do busów drodzy Państwo! Tłok na jakieś 200 osób, poruszamy się w żółwim tempie, popychając się chcący lub niechcący, próbując umilić sobie czas konwersacją z towarzyszami niedoli, jednocześnie narzekając na złośliwość losu, bo że też akurat to się musiało stać dzisiaj (!), a moja siostra słabnie z braku powietrza. Nie jest dobrze. Siada na schodach i powoli dochodzi do siebie. Już niedługo – sama siebie próbuję oszukać. To przecież tylko kolejka! Kto jak kto, ale my Polacy mamy w takim staniu spore doświadczenie. Stacja wciąż daleko, niczym światełko w tunelu, a my dzielnie czekamy przesuwając się systematycznie do przodu o długość własnej stopy w przeciągu kwadransa. W końcu, po jakimś kosmicznym, z naszego punktu widzenia, czasie nasza cierpliwość zostaje nagrodzona – wsiadamy do samochodu. Och, jakże warto było czekać! To na pewno jeden z ciekawszych sportów ekstremalnych, jakich w życiu doświadczyłam. Kilkadziesiąt minut obijania się o ściany busa i o siebie nawzajem, jazda po wertepach, w dodatku z marnymi widokami (bo przecież w tych okolicznościach przyrody nawet nie opłaca się myć okien; zaraz i tak znowu będą brudne), sprawiły, że poczułam się, jakbym brała udział w rajdzie Paryż-Dakar. Samochód ulegał tak mocnym wstrząsom, że nawet zażyte uprzednio stosowne tabletki nie mogły powstrzymać mojej choroby lokomocyjnej. Nigdy wcześniej, ani nigdy później mi się to nie przytrafiło (a było iść na piechotę…). Niezależnie od tego jaki sposób dotarcia na górę wybierzemy, czeka nas sporo wrażeń i równocześnie, niezależnie od tego na którą opcję się zdecydujemy, to, co zastaniemy na górze, zrekompensuje wszelkie niedogodności drogi na szczyt. Tu następuje bowiem najprzyjemniejsza część – chociaż tylko wizualnie, bo warunki nadal nie są łatwe. Jeżeli kiedykolwiek wyobrażałam sobie jak wygląda Księżyc z bliska, to właśnie tak. Krajobraz na Etnie jest inny niż wszystko, co widziałam do tej pory; żadnej roślinności, tylko pustka. Jest mgliście i zimno, choć słońce w pełni. Jest wietrznie; tak bardzo, że chwila nieuwagi może się skończyć upadkiem do jednego z pomniejszych kraterów (poziom zabezpieczeń pozostawia wiele do życzenia). Zmienić film w aparacie w takich warunkach – nie lada wyzwanie. Muszę jednak jakoś wybrnąć z tej sytuacji, bo ręka przykleja mi się do aparatu i nie chce przestać pstrykać. Znajduję życzliwe dusze, które osłaniają mnie od wiatru. Jest malowniczo, kosmicznie, surowo, przenikliwie zimno i trochę groźnie; jak na obcej, niezamieszkałej jeszcze przez nikogo planecie. Dojście do głównego krateru na własne ryzyko; teoretycznie nie wolno. Ale nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc smakuje najbardziej, więc nie brakuje tych, którzy to ryzyko podejmują. Dopiero tutaj czuję, po co przyjechałam na Sycylię. Mimo tych wszystkich...

read more

Na dobry początek

Posted by on 07:52 in Blog | 0 comments

PL/ Zaczynam. Nie mając pojęcia co z tego wyniknie i z nadzieją, że nie pożałuję. Zapraszam. Chociaż nie mogę niczego obiecać. Może jedynie to, że będzie nieregularnie, trochę niechronologicznie i może nawet chaotycznie, ale na pewno cyklicznie. EN/ Here I start. Having no idea what comes out of it and hoping I will not regret it. Welcome! However I can’t promise anything; well maybe that it will be irregular, not very chronological, even chaotic, but surely...

read more