Navigation Menu+

Musztarda po obiedzie

Posted on 3.08.2013 by

PL/

czyli kilka słów o kilku stanach…

Ilu podróżników, tyle opinii. Stany Zjednoczone to kraj specyficzny; wbrew pozorom nie daje się zaszufladkować. Nie pozwala na to nikomu broniąc się niebywałą różnorodnością. Przemierzając Stany ze wschodu na zachód czy z północy na południe można odnieść wrażenie, że odwiedza się różne państwa, posługujące się teoretycznie tym samym językiem (teoretycznie, bo i ten ulega modyfikacji w zależności od szerokości geograficznej). Niezależnie jednak od tego jakie kto ma wyobrażenie na temat Stanów, zdecydowanie warto odwiedzić ten kawałek Ziemi. Nie dlatego, że to kraj bogatszy i lepszy od naszego, że pracy jest więcej, słońce jaśniejsze, a trawa zieleńsza. Bynajmniej. Trawniki bywają z plastiku, a sytuacja materialna wielu ludzi jest naprawdę nieciekawa. Miasta, niegdyś przodujące w rankingach na najszybciej rozwijające się metropolie świata, dzisiaj bankrutują i ogłaszają upadłość z powodu kryzysu. Już to samo w sobie mogłoby być powodem do podróży po Stanach; jednego skusi bogate Las Vegas, drugiego zrujnowane Detroit. Ktoś pojedzie śladami Kerouac’a, ktoś inny śladami Elvisa.  Jeszcze inny pojedzie tam tylko po to, aby zobaczyć parki narodowe, które są rzeczywiście imponujące. Co jak co, ale przyrodę to Stany wygrały na loterii (chociaż sfałszowały losowanie). Jedno jest pewne: każdy, ale to naprawdę KAŻDY znajdzie tam coś dla siebie.

Moja podróż do Stanów odbyła się w 2010 roku. Trochę czasu już minęło, a mimo to niektóre obrazy z tego okresu, powracające jak bumerang, są tak żywe, że prawie nabieram się na małe oszustwo czasowe, sądząc, że to było niedawno – tak, to już trzy lata temu, nie dwa, jak powiedziałam komuś pytana o to ostatnio. Tytuł tego wpisu sugeruje, że jest już sporo po czasie i szczerze mówiąc nie podejmę się nawet opisania wszystkiego z perspektywy tych trzech lat.  Moje wspomnienia przeszły solidne sito. Ale może to i dobrze, bo teraz zostały już tylko te przefiltrowane. No i zdjęcia. One zawsze zostają.

Zatem z lekkim poślizgiem wrzucam to, co utrwaliło się zarówno w mojej głowie, jak i w aparacie. Żeby chociaż trochę ogarnąć całość podzieliłam ten worek bez dna na kilka kolejnych wpisów (albo raczej wrzut, bo więcej tu będzie obrazu niż słowa pisanego) o wspólnym tytule „Stanowe urywki” oraz o bliżej nieokreślonej częstotliwości pojawiania się.

 

EN/

Too little, too late
that is a few words about a few states…

How many travelers, so many opinions. The USA is a specific country which, despite the appearances, doesn’t let anyone pigeonhole it, fighting against it with its incredible variety. When you travel across the land, from north to south and from east to west you may easily get the impression that you’re actually visiting different countries, using theoretically the same language (theoretically as even that modifies depending on the latitude). Regardless of the fact how we picture The United States in our heads, this piece of Earth is definitely worth seeing. Not because it’s a country better or richer than ours, or because there’s more work for people, the sun shines stronger or the grass is always green. Not at all; the grass tends to be plastic and the financial difficulties of many people are nothing to envy. The cities, once being the fastest growing metropolies in the world, now struggle with crisis and declare bankruptcy. This is already good enough a reason to travel to US; one will feel tempted by the wealthy Las Vegas, the other one by the ruined Detroit. Someone will follow Kerouac, someone else will trace Elvis. And there will also be ones who go there only to see the national parks, which, indeed, are quite impressive. Say what you like but The States won it in a lottery (not to mention they forged the draw). One thing is certain; everyone, and I really mean it, will find something interesting for themselves out there.

My trip to US took place in 2010. Some time has passed since then and yet, many pictures from that period, coming back like a bumerang, are so vivid that I give in to a little time deception, believing it all happened so recently – yes, it’s been three years now, not two, like I told somebody who asked me about it. It’s been a while now and, frankly speaking I won’t even take it upon myself to write about everything from the perspective of those three years. My memories have gone through a sieve – for their own good. Now all is left is the filtered ones. And the pictures. They always remain.

So hereby, with a slight delay, I’m posting all that my head and my camera have kept until now. To organize it all somehow I divided it into several posts, entitled „Stanowe urywki” („Bits about States”) and having no regular frequency in showing up.

8


Share

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *