Navigation Menu+

PKP made in China

Posted on 6.01.2014 by

PL/

Na chińskie koleje państwowe postanowiłam przeznaczyć osobny wpis, bo w istocie zasługują one na to wyróżnienie. Ale zaznaczam, żeby nie było nieporozumień, system działa bardzo sprawnie, a podróże tamtejszymi pociągami wspominam dziś z nutką wzruszenia. Jednak dla kogoś kto przybywa do Chin po raz pierwszy i nie zna języka, orientacja w tym jak ów system działa jest nie lada wyzwaniem. Osobiście co nieco wiedziałam już przed przyjazdem do Pekinu, oświecona przez życzliwych znajomych. To pomogło, ale i tak nie ma takiej rady, która by Cię przygotowała na pekiński dworzec. To zjawisko samo w sobie. Chyba w żadnym innym mieście proces przedostania się do pociągu nie wygląda tak jak tu. Ale od początku:

Bilet na pociąg (zakładając, że chcemy jechać nocnym, kuszetką, bo jedzie się ok 8 godzin) trzeba kupić z wyprzedzeniem, ale nie większym niż dwa tygodnie przed odjazdem. W Chinach z pociągów korzystają wszyscy, bo to najbardziej popularna forma transportu. Prawie każdy pociąg ma 3 rodzaje miejscówek: “soft sleper”, “hard sleeper” i “hard seat”. Jak się nie zdąży na czas kupić miejsc leżących, pozostają miejsca siedzące, albo… stojące (dla wytrwałych). Z dużą pomocą znajomych stacjonujących w Pekinie udało mi się nabyć 3 miejscówki typu “hard sleeper” (czyli prycza w wagonie bez przedziałów, w sumie na ponad 60 osób) na wszystkie zplanowane podróże. Nie muszę chyba dodawać, że wszystkie miejsca były ostatecznie zajęte. Po zakupieniu biletów przez internet pozostało mi “jedynie” odebrać je w kasie na dworcu. Swój pierwszy dzień w mieście przeznaczyłam m.in. na załatwienie tej właśnie sprawy.

Dworzec w Pekinie jest duży. To mogłam przewidzieć. Nie wiedziałam jednak dokładnie gdzie mam swoje bilety odebrać. A od ich odebrania musiałam zacząć, gdyż do głównej części dworca nie da się bez biletu wejść. Wiedziałam tylko tyle, że miejsce odbioru może się znajdować w lewej części budynku, albo w prawej. Zaczynam od lewej. Po przedarciu się przez morze czarnowłosych głów na trasie stacja metra – budynek dworca, docieram do celu. Ale to chyba nie tu. Widzę drzwi, a drzwiami dosłownie wylewa się kolejne morze ludzi. Ok, tutaj się chyba czeka na tych, co właśnie do Pekinu przyjechali. Omiatam wzrokiem wszystkie możliwe okienka, jakie widzę na ścianie budynku, w nadziei, że zobaczę jakąś kasę biletową. Nic nie widzę. Zaczynam pytać po angielsku przypadkowych przechodniów: “przepraszam, gdzie odbiorę bilet?”. Dla podkreślenia o co mi chodzi pokazuję wydrukowaną rezerwację. Każda kolejna osoba rozkłada ręce, nikt nie wie o co mi chodzi. Równie dobrze mogłabym pytać  “myślisz, że zaraz zacznie padać?” albo “gdzie kupiłaś tę koszulkę?”. Nikt mnie nie rozumiał. Przetoczywszy się przez szeregi nic-niewiedzących dotarłam do kobiety, która postanowiła się nade mną ulitować i wskazując palcem w prawo rzekła: “ticket office”. Była umundurowana. To wiele wyjaśnia. Tacy zazwyczaj wiedzą więcej. Nie zawsze udaje im się tę wiedzę przekazać, ale warto próbować. Tym razem się opłaciło. No to już wiedziałam, gdzie iść. Mniej więcej. Czyli jednak mogłam zacząć od prawej strony…

Stoję przy kasie; mam szczerą nadzieję, że przy właściwej. Kiedy przychodzi moja kolej podaję pani po drugiej stronie 3 kartki z wydrukowanym numerem rezerwacji. Patrzy, przegląda, bierze mój paszport, zaczyna coś wypełniać w komputerze. Uff – jest dobrze, wygląda na to, że zaraz dostanę bilety. Były opłacone przez internet, więc moim zadaniem jest tylko odebrać wydrukowane egzemplarze. Pani robi swoje, po kolei sprawdza każdą rezerwację, już prawie kończymy, już witam się z gąską, kiedy nagle pani zaczyna spokojnie przeglądać swój notatnik. Między kartkami trzyma jakieś pieniądze i inne wartościowe papierki. Znajduje właściwą stronę i pokazuje mi przez okienko, a tam napisane w krzaczkach i po angielsku, że cena za każdym razem jest inna, trzeba dopłacić 10 juanów. Dobry patent. Ciekawe, jakie jeszcze zdania ma napisane w tym zeszyciku. Pierwsze słyszę, żeby miało być drożej niż to co już zostało zapłacone, ale przecież nie będę się z panią kłócić. I tak bym przegrała. Daję głowę, że nie miała przygotowanych alternatywnych odpowiedzi na wymianę zdań z awanturującym się obcokrajowcem. Płacę. Jak się okazuje później, te 10 juanów to jakaś prowizja pobierana zarówno przy zakupie osobistym jak i za pośrednictwem internetu. Nie ważne. Mam bilety w ręku więc jeden kamień spada mi z serca. Pozostaje kilka innych…

Pierwszy pociąg mam z Pekinu do Datong. Odjeżdża ok 23:00. Na dworzec przybywam jakieś 1,5 godziny wcześniej, dla świętego spokoju. Trzeba być wcześniej, bo zanim się dostaniemy na peron czeka nas przeprawa. Na dworzec wpuszczane są tylko osoby z biletami na najbliższe pociągi. Nikt niepowołany się tam nie będzie szwendał. To akurat sprytne rozwiązanie; albo podróżujesz, albo nie masz czego szukać na dworcu. Pomimo tego ograniczenia i tak ilość osób, z którą się zderzam po wejściu do budynku zdumiewa. Wstępne kontrole są dwie: najpierw biletowa, potem, już w budynku, bagażowa. Jak wszędzie w Chinach również i na dworcach – gdzie jest to akurat zrozumiałe – następuje prześwietlanie bagażu, które my, Polacy, znamy tylko z lotnisk.

Jedna kolejka do bramek biletowych, następna do bagażowych. Ludzi mnóstwo, a czas leci. W końcu jestem na dworcu; dobra nasza! ja i mój bagaż jesteśmy już w środku. Kolej na następną zagadkę – z którego peronu odjeżdżam. To muszę sprawdzić na wielkiej migającej tablicy informacyjnej. Tablica jest duża, a napisy wyraźne, co jednak nie zmienia faktu, że nic nie rozumiem, bo wszystko po chińsku. Szukam jakiejś cyfry obok numeru swojego pociągu. Jedyne co widzę to “2”, ale połowa pociągów ma dwójkę, pozostała połowa jedynkę. To nie może być numer peronu. Tych na pewno jest więcej na tym dworcu. Ok, wyłuskam z tłumu kogoś kto wygląda na obytego z życiem i zapytam. Strzał pada na młodziutką dziewczynę, może 14-letnią. Jako, że nie umiem trafnie ocenić wieku Azjatów, jest bardzo możliwe, że miała 24 lata. Jakoś się dogadujemy, trafiłam w dziesiątkę, ona też jedzie tym samym pociągiem, zaprowadzi mnie na peron. Idziemy długim korytarzem, skąd po obu stronach schody prowadzą w dół, na perony. Mijamy zejście na pierwszy, drugi, trzeci, na większość kolejnych, aż w końcu stajemy przy jednym z ostatnich, oznaczonym jako 10-11. No takich liczb to ja nie widziałam na tej dużej tablicy… Ale zaraz, to nie może być tu, przecież mój pociąg dopiero za godzinę, a tu już czarno od ludzi. Nie na peronie, ale pod drzwiami prowadzącymi na peron. Drzwi zamknięte, więc wszyscy czatują. Luźno szacując tłum liczył już jakieś100 osób kiedy do niego dołączyłam. Z czasem pasażerów było tylko więcej.

No dobra, to sobie teraz postoję. Wszyscy patrzą na mnie jak na kosmitę. Na szczęście tym razem nikt nie robi zdjęć, ale to zbędne. Niedyskretne spojrzenia okraszone dziwnymi uśmiechami i tak dają radę. Czuję się jak mrówka w terrarium; jest duszno i chyba jestem tutaj niemałą atrakcją. Ach! Białe twarze! – ocknęłam się nagle widząc niedaleko parkę Hiszpanów. Jesteśmy w tym skupisku jedynymi białasami. To miłe nie być jedyną i pogadać wreszcie z kimś w jakimś “normalnym” języku. Zaczynamy rozmawiać, a zdumienie otoczenia wzrasta: “nie dość, że dziwnie wyglądają, to jeszcze śmiesznie mówią!” – myśleli zapewne nasi obserwatorzy. Solidarność białasów. Zauważyłam, że to tutaj powszechne; może nie w najbardziej turystycznych miejscach, gdzie jest nas najwięcej i już nikogo to nie dziwi, ale w pociągu albo metrze, biały białego zagada, choćby tylko po to, żeby powiedzieć “cześć” i poczuć się przez chwilę bliżej domu.

Miła konwersacja skraca czas oczekiwania. Jakieś dwadzieścia minut przed odjazdem pociągu nagle robi się zamieszanie; wszyscy wstają z podłogi, zbierają swoje bagaże, ustawiają się do drzwi po obu stronach korytarza. Oho, czas na nas! Zanim zdążyłam zarzucić swój plecak na ramię poczułam, że siła tłumu przesuwa mnie coraz dalej od drzwi. No no no, nie wszyscy na raz! Przecież każdy ma już bilet, po co się tak spieszyć? (Do dziś nie poznałam odpowiedzi na to pytanie) Ok, niech będzie, puściłam przodem kilka osób (no, może kilkadziesiąt), dostałam się do drzwi prowadzących na peron, a tu… kolejna kontrola biletów! Nikt bez biletu nie zejdzie na dół. Tak na wszelki wypadek, gdyby poprzednia kontrola kogoś niepowołanego przepuściła. Do odjazdu pociągu zostało już mniej niż 10 minut, zbiegam po schodach i razem z Hiszpanami szukamy w pośpiechu właściwych wagonów. Niestety mamy inne. Wystarczy pokazać pani konduktorce na peronie swój bilet, od razu nakieruje w odpowiednią stronę.
Uwaga na marginesie: Pracownicy kolei w Chinach są bardzo pomocni, nierzadko mówią po angielsku, a pociągi są nad wyraz punktualne! To zapewne efekt takiej, a nie innej organizacji pracy. Można się dziwić, albo śmiać, ale bazując na moim skromnym doświadczeniu pozwolę sobie stwierdzić, że co jak co, ale chińska kolej jest akurat godna pochwały.

Wchodzę do wagonu, na wszelki wypadek raz jeszcze pokazuję bilet przed wejściem na pokład, pani kiwa głową, że to tu. Uff, jestem w domu, tzn w pociągu. Znalezienie miejsca to już pestka. Leżę na samej górze. I dobrze, nikt mi tam nie będzie przeszkadzał. Noc w pociągu przebiega zaskakująco szybko; na przekór moim obawom jest spokojnie i dosyć cicho. Jak tylko gasną światła większość osób stara się zasnąć. Ci, którym się to udaje, rozpoczynają serenadę chrapnięć. Podróżujący pociągami w Chinach mają nieraz bardzo długie trasy do pokonania; to co dla mnie było jednorazowym 8-godzinnym przejazdem, dla innych stanowiło tylko 1 etap z całej podróży do domu, zatem każdą wolną chwilę przeznaczają na odpoczynek, a w miarę możliwości sen.

Jeżeli masz szczęście i kładziesz się na swojej pryczy jako pierwszy na tej trasie, to masz szansę na słodki sen w czystej, z prawdziwego zdarzenia, pościeli. Nie jakiś tam kocyk w poszwie, ale prawdziwa miękka kołdra, która jest istnym zbawieniem i kontrastuje z twardym podłożem, na którym nie jest zbyt wygodnie. Dwa razy miałam to szczęście. Ale na dobrą sprawę, jak tak leżysz, a klimatyzacja (która w tym kraju jest wszechobecna, a najbardziej w pociągach) wychładza każdy fragment twojego ciała, to przestaje mieć znaczenie, czy ktoś inny przed tobą już przykrywał się tą samą kołdrą. Przykrywasz się i ty.

Nad ranem pozostaje już tylko jedna sprawa do zbadania – na której stacji wysiąść. Datong nie jest niestety stacją końcową, więc mam kilka opcji: albo sprawdzać czas (wiem, o której mam być na miejscu), albo pokazać pani konduktorce kartkę z napisanym po chińsku zdaniem: “dzień dobry, jadę do Datong, proszę mi powiedzieć, gdzie wysiąść”, albo patrzeć jaka stacja pojawia się za oknem i wyskoczyć czym prędzej na peron kiedy zauważę Datong. Na szczęście okazuje się, że nie muszę robić nic, bo oto chińska kolej znowu przychodzi mi z pomocą. Konduktorka zabiera mój bilet, dając w zamian plastikową kartę na czas całej podróży. Już ona wie dokładnie kto gdzie wysiada! Na ok pół godziny przed stacją docelową, przychodzi do mnie i oddaje bilet zabierając kartę, dzięki czemu wiem, że na następnej stacji wysiadam. Tak to można jeździć.

Bilet jest potrzebny do samego końca, przy wyjściu z dworca w miejscowości docelowej napotkamy (oczywiście) kolejną kontrolę. Nie wyjdziesz “na miasto” bez biletu.

bilet

 

 

EN/

Railway made in China
I’ve decided to dedicate a separate post to the Chinese railway as it indeed deserves that. But let’s make it clear, the whole system works very well and I still tend to recall journeys via local trains with a slight thrill and a tear in my eye. However for somebody coming to China for the first time without knowing the language, it might seem quite a challange to figure out how the system works. I was lucky enough to know some before arriving in Beijing, enlightened by a couple of friends. It helped, and yet there’s no such advice that could help you prepare yourself for the main train station in Beijing; it’s a phenomenon one must experience. It seems that in no other city the process of getting to your train looks like here. But let’s start from the beginning:

The ticket (given you want to sleep in a night train, as your journey lasts 8 hours) should be bought one or two weeks ahead of the schedule. Trains are the most popular means of transport for local people so everyone uses them. You can buy three kinds of tickets: „soft sleeper”, „hard sleeper” and a „hard seat”. If you don’t make it on time to buy a sleeper, you’ll be left with a seat or… a standing reservation (for the most persevering ones). With a lot of help from my friends living in Beijing I managed to buy 3 hard sleepers for my planned journeys. Technically it meant for me sleeping on one of the bunks, among 60 other people in an „open carriage” without separate compartments. Needles to say, all the beds were eventually taken. Having booked the tickets on the Internet, all I had to do later was actually get their printed version at the train station’s ticket window. And that was one of the things I did on my first day in Beijing.

The main train station in Beijing is big. It was no surprise to me. But I didn’t know where I was supposed to get my ticket and I had to start with that since you can’t get inside the station building without one. All I knew was that the ticket office could be either on the left or on the right side of the building. This hint wasn’t helpful though. I start from the left. Having forced my way through the sea of black haired heads on the distance: subway station – train station I reach the building. No, it can’t be here. I can see doors with another flood of people coming out. OK, that’s most probably the arrivals’ section. A quick glance at all the possible windows I can reach with my eyes hoping to spot a ticket office; yet with no success. I start asking random pedestrians in English „excuse me, where can I get my ticket?”. To emphasise what I’m talking about I show them the printed reservation. Each one of them looks at me as if I was an alien, nobody knows what I’m going on about. I might have equally asked them „hey, do you think it’s gonna rain tomorrow?” or „where did you buy this t-shirt?”. No one understood me. Passing dozens of nothing-knowing people I found a lady, who decided to take pity on me and pointing to the right with her finger she said: „ticket office”. She was uniformed. That explains a lot. These people usually know better. Not always do they manage to convey this knowledge further but it’s worth trying. Now, at least, I know where to go. More or less. Should have started with the right side of the building…

I’m standing at the ticket office now, hoping it’s the right one. When it’s my turn to go, I’m giving 3 sheets of paper with my booking number on it to the lady on the other side of the glass. She looks at it, takes my passport and starts filling in some form on her computer. Phew! It seems like I’m gonna get my tickets soon. They had been paid for on the Internet so I only had to get them printed out. The lady carries on as usual checking each reservation, we’re nearly there, it’s coming to an end when all of a sudden she starts browsing her little notebook. Inside of it there are some banknotes and other valuable pieces of paper. She stops on the proper page and shows it to me through the window. What I can see there is a sentence written both in Chinese and English saying that the price is different each time ad I have to pay now 10 yuan more. Nice one. I wonder what other sentences she could have in that tiny notebook. No one told me before I’d have to pay extra but I surely ain’t gonna argue with the lady. I’d lose anyway. I bet she didn’t have any alternative answers prepared in case a foreigner wanted to start a fight. So I pay. It turns out later, the 10 yuan fee is required each time you buy a ticket, no matter where or how you do it. Nevermind. I got the tickets, so… a load off my mind. But there are still a few more left.

The first train goes from Beijing to Datong, at about 11pm. I arrive at the station 1,5h before, just in case, not to rush things. You have to get there early enough to have time to get to the right platform with no problems. You are allowed into the station building only if you show a ticket. Non-passangers won’t be let in. That makes a lot of sense actually – either you travel or there’s nothng for you to do out there. Despite this limitation I am overwhelmed by the amount of poeple once I’m already in. There are two check-points initially: ticket check and luggage check. Like anywhere else in China it happens also here that your luggage gets scanned in search of potential threat, which is something we – Poles, know only from the airports.

One queue to the tickets check, the next one to the luggage scan. A lot of people, less and less time. Finally me and my luggage are at the station, good for us! Time for the next puzzle: which platform does my train leave from? I need to check it up on a huge information board. Well, it may be large indeed and the scripts are clear but hey, that doesn’t change the fact I don’t understand anything, it’s all in Chinese… I’m trying to find some number next to my train’s name but all I can see is „2” and half of the trains have this number as well. The rest has got „1”. This can’t be the platform, there must be more of them at this station. OK, I’ll drag somebody familiar with this place out of the crowd and ask. I choose a young, maybe 14-year old girl. She may as have had 24, since I’m not good in estimating Asians’ age. Somehow we get along, I hit the spot – she’s taking the same train as I am and will show me the way to the platform (yeah!). We’re moving along the main corridor, where on both sides  there are stairs leading down to the platforms. We’re passing most of them finally reaching the last two departure gates number 10 and 11. Well, say what you might, but I haven’t seen these numbers on the board before, nope… But hold on for a second, it can’t be here, my train comes in about an hour this whole area is already packed with people as if we were about to leave in 5 minutes! We’re not even standing on the platform yet, only waiting at the doors leading down there. The crowd counted roughly 100 people when I joined it. And in time it only got worse.

Alright, a bit of waiting ahead of me now. Everybody looks at me as if I was an alien. Luckily, this time no body takes pictures of me, but it’s needles. Indiscreet looks along with these specific smirks work equally well. I feel like an ant in a terrarium, it’s hot and I seem to be an attraction here. Oh! -white faces! – I woke up suddenly having spotted a Spanish couple. We’r the only 3 white people around here. It’s so nice not to be the only one and be able to talk to somebody in a „normal” language”. We start a conversation and the amazement of the Chinese grows; „not only do they look strange but also speak in a funny way!” – our observers must have thought. Honkeys’ solidarity. I’ve noticed it’s quite a common thing here for white people to talk to each other even though they’re total strangers. Either on the train or in the subway, they get together even just to say „hi” and for a second feel closer to home.

A bit of a chit-chat helps the time pass. Some 20 minutes before the planned departure a slight confusion creeps into the waiting crowd; everybody gets up from the floor, grabs their luggage and stands close to the doors on both sides of the corridor. I guess it’ time to go! Before I managed to lift my backpack up I felt that the human wave shoved me further and further from the door. Wait up, hold on! Not everybody at once! We all have tickets, don’t we? So why rush now and push our way through? I didn’t find an answer to this queston

OK, come what may. I let a few people go first (well, maybe a few dozens), I reached the door leading to the platform no.10 and to my surprise, here comes another check-in! Passangers with no tickets won’t go down. Just in case the previous control passed someone up. There’s less than 10 minutes to the train’s departure now, so I’m running down the stairs together with the Spanish, looking for the right carriage in a hurry. They sleep in a different one. You can show your ticket to the conductor and they will show you the way. Btw, people working for Chinese railway are very helpful, tend to speak English more often than the usual citizens and the trains are incredibly punctual. It may be the effect of a particular organisation of work. One can laugh about it, but the truth is that the Chinese railway is admirable. Judging by my humble experience I dare say we (Poles) could learn a lot from them.

So I enter the carriage, showing my ticket to the lady inside, just in case, she’s nodding her head – that’s here. Phew! Finding my bunk now is a piece of cake. It happens to be on the top. Fair enough, nobody is going to disturb me there. The night on the train passes surprisingly fast; despite my anxiety it’s peaceful and quiet. As soon as the lights go off, everybody tries to fall asleep. The ones who manage start a serenade of snorring. Chinese passangers often travel on very long distances; what was only an 8-hour journey for me turned out to be e.g. just a small part of someone else’s whole journey back home. Thus whenever they can, the Chinese try to have a nap while travelling. If you’re lucky enough to be the first passanger on this train using your bunk, you’re most likely to experience sweet dreams under fresh&clean linen. And it’s not just some thin blanket but a real duvet, which is a blessing while spending the whole night on a hard and uncomfortable bed. I was happy to get it twice. But to be honest with you, when you’re lying down like that, with air conditioning on at all times and you feel each part of your body freezing gradually, it doesn’t matter any more, whether anyone had used the linen before you. You simply use it too.

In the morning there’s just one thing left to check – when to get off. Unfortunately Datong is not the final station so I have a few options: either control the time (I know what time I should reach my city) or observe the stations’ names outside and jump out as soon as I see Datong, or go to the lady-conductor and show her a piece of paper with a silly sentence written on it „hi, I’m going to Datong, can you please tell me where to get off?”. Thank god it turms out I don’t need to do any of these as the Chinese railway comes to my aid. The conductor takes my ticket and gives me a plastic card instead for the duration of the whole journey. She knows well where each one us is supposed to get off. About half an hour before my station she comes to give me back my ticket. Thanks to that I know I should get off at the next station. Easy to travel like that!

And you do need the ticket to the very end of your journey, at the train station’s exit you’re gonna have to show it to another officer. Passangers without a ticket won’t be let out into the town.

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *