Navigation Menu+

Sacrum Profanum

Posted on 4.05.2014 by

PL/

…czyli dawno temu w Ameryce

Grunt to być we właściwym miejscu, o właściwym czasie. Jak nigdy wcześniej przekonałam się o tym przybywając pewnego dnia do San Francisco. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że miałam niebywałe szczęście, że znalazłam się tam akurat wtedy. Gdyby nie drobna zmiana planów nie byłoby tego wpisu. Na szczęście los chciał inaczej.

W San Francisco panuje przedziwny mikroklimat, który sprawia, że kiedy w całej Kalifornii jest gorąco, w tym mieście jest akurat zimno i na odwrót; kiedy inni marzną, mieszkańcy SF mogą się opalać. Przekonałyśmy się o tym na własnej skórze, razem z moją towarzyszką podróży, kiedy po powrocie z dwutygodniowych wojaży wypożyczonym samochodem, powróciłyśmy do miasta. Zastałyśmy gorące późno-wrześniowe słońce, które w ostatnich dniach wcale nas nie rozpieszczało. Samochód trzeba było oddać do godziny jedenastej. Spieszyłyśmy się, bo w mieście wszędzie korki, a za spóźnienie była kara. Na szczęście, mimo lekkiej paniki udało nam się wydostać z labiryntu jednokierunkowych ulic i dotrzeć do celu na czas. Bak wypełniony do pełna, a konto spłukane do zera. Mogłyśmy ruszać dalej.

Pozbywszy się odpowiedzialności za samochód, obarczone jedynie własnymi bagażami poszłyśmy w stronę najlepiej znanej nam ulicy – niejakiej Folsom Street, przy której mieszkałyśmy dwa tygodnie wcześniej. Tam zamierzałyśmy coś zjeść na śniadanie (najpewniej wielkie naleśniki z bananami i sosem klonowym), ale w drodze do celu coś nas zatrzymało i opóźniło pierwszy tego dnia posiłek. Idąc jedną z ulic w centrum miasta usłyszałyśmy rozchodzące się po całej okolicy śpiewy. Z każdym naszym krokiem głosy były coraz donośniejsze i wyraźniejsze. Nie trzeba było się długo zastanawiać, co to za rodzaj muzyki; ten styl rozpoznaje się w mig. Gospel. Z okien pierwszego piętra jednej z kamienic dochodziły radosne dźwięki, rytmiczne klaskanie w dłonie i przepiękny głos wokalisty. Kto jak kto, ale gospelowi headhunterzy mają nosa do prawdziwych talentów; ta muzyka jest zawsze śpiewana przez ludzi o bardzo silnych i charyzmatycznych głosach. Tam nie ma lebiodek, które nieśmiało wznoszą swoje modły do nieba. W tych głosach jest siła, która nie pozostawia nikogo obojętnym. Może właśnie ta siła i charyzma przyciągają do kościoła w Stanach tak wielu wiernych? A kościołów ci u nich bez liku. Ten akurat, na którego „mszę” miałyśmy okazję trafić, nie był klasycznym kościołem katolickim, ani protestanckim. To było raczej coś w rodzaju sekty, takie niezależne, jedno wielu, zgromadzenie w słusznym celu. Zgromadzenie to, którego nazwy, niestety, nie było mi dane zapamiętać, zachęcało do współudziału zarówno duchowego jak i finansowego (a jakże! Wszak bez niego by nie istniało). Zachęcało tak bardzo, że każdy mógł wejść na salę i przyłączyć się do nabożeństwa choćby na chwilę. A nuż jakaś nowa duszyczka zasili szeregi zgromadzenia.

Zaintrygowane weszłyśmy. Kilka osób sterowało ruchem na sali oraz przed wejściem, żeby wszystko przebiegało sprawnie i nie tworzył się zator. Chcesz wejść? – proszę. Chcesz wyjść? – też w porządku. Na tym etapie nikt nikogo do niczego nie zmusza. Nie narzuca. Cokolwiek by się stało, ty trwasz w przekonaniu, że jesteś tu z własnej woli. Zastanawiam się, czy na dalszych etapach wtajemniczenia jest równie niezobowiązująco. Nie zaryzykowałam głębszego (niż pozwala mi na to moja ciekawość świata) zaangażowania, aby to sprawdzić. Usiadłyśmy obok jakiejś wielodzietnej rodziny i już po chwili dałyśmy się ponieść. Ostatecznie nigdzie się nie spieszyłyśmy, a śniadanie… no cóż, na chwilę o nim zapomniałyśmy. Występy kolejnych muzyków przeplatały się z przemówieniami licznych ochotników. Były historie o niesieniu pomocy, okazywaniu miłości, przykłady z własnego życia wzięte, nadrzędne wartości powtarzane jak mantra. Jakiś chłopak wyszedł na scenę i opowiadał swoją historię; jak leżał w szpitalu po wypadku, a koleżanka ze zgromadzenia przyszła w odwiedziny, przyniosła mu coś do jedzenia, wspierała go, a on nigdy wcześniej od nikogo takiego wsparcia nie doświadczył. Zrobiło się wzniośle i pompatycznie, tak amerykańsko. Tak, jak to znamy z filmów, gdzie wszyscy trzymają się za ręce przekonując się nawzajem, że nie ma jak wspólnota. Chłopak zszedł ze sceny, a zastąpiła go pewna blondynka, która swoim głosem zrobiła na mnie jeszcze bardziej piorunujące wrażenie niż niejeden czarnoskóry, występujący przed nią. Swoją drogą, gdybym na nią w tamtej chwili nie patrzyła pomyślałabym, że jest czarna. Przecież biały nie może mieć takiego głosu! – myślałam w duchu. A jednak.

Siedziałyśmy i słuchałyśmy zastanawiając się ile trwa takie przeciętne spotkanie – bo nazwanie tego mszą byłoby przesadą. Jeden kończy, następny zaczyna. Muzyka na przemian ze słowami wypełniały dużą salę po brzegi. Miałam wrażenie, że można by tam spokojnie siedzieć i do wieczora, gdyby tylko człowiek nie musiał jeść. A propos! Przecież my jeszcze nie jadłyśmy śniadania! Nagle przypomniałam sobie o głodzie. Solidarnie ustaliłyśmy w którym momencie się podnieść i wyjść po angielsku. Na szczęście nikt nas nie zatrzymał (choć przez chwilę przeszło mi to przez myśl). Najadłszy się duchowo do syta – akurat była niedziela – ruszyłyśmy dalej po upragnione śniadanie. Im bardziej zbliżałyśmy się do Folsom Street, tym bardziej nasze ślinianki dawały o sobie znać. Kiedy dotarłyśmy na miejsce były już mocno aktywne. Ale oto u celu czekała nas kolejna niespodzianka.

Ulica jest długa. Jednym końcem zahacza o centrum miasta, drugim wybiega już w morze i na sporej części swojej długości była tego dnia zamknięta. Nieświadome powodu tego całego zamieszania próbowałyśmy zgadywać skąd tyle ludzi się wzięło i, co ciekawsze, w jakim celu się tak gromadzą. Przy każdej przecznicy, przez jaką można by się wcisnąć na ulicę, była rozstawiona blokada. Największa brama, znajdowała się tuż za sceną główną. Nie każdy mógł przez nią przejść. Człowiek, który bronił wstępu niczym Cerber kręcił nosem, kiedy tłumaczyłyśmy, że my tylko na śniadanie, do upatrzonej knajpki niedaleko, o tam! Przecież było już południe, a my ciągle nic nie jadłyśmy. Z jakiegoś powodu uwierzył, że to nasz jedyny cel i przepuścił łaskawie na drugą stronę. Ale my już wtedy wiedziałyśmy, że nieprędko opuścimy to miejsce.

Naszym oczom ukazała się wielka, radosna, rozciągająca się na wiele kilometrów wzdłuż, impreza pod gołym niebem. Jak się wkrótce przekonałam gołe było nie tylko niebo. Oto tym zupełnie przypadkowym zrządzeniem losu trafiłyśmy na Folsom Street Fair, który jest niczym innym jak corocznym świętem BDSM i wszelkich subkultur z tym związanych. Dla niewtajemniczonych: skrót BDSM można odszyfrować tak: B&D – bondage & discipline (niewola i dyscyplina), D&S – domination & submission (dominacja i uległość), S&M – sadism & masochism (tłumaczenie zbędne). Wyjaśniać tego już chyba nie trzeba.

Impreza zaplanowana była na całe popołudnie oraz wieczór i mimo, że na zegarze była dopiero dwunasta, już ciężko było się dopchać do niektórych stanowisk. Atrakcji na całej ulicy było co nie miara; począwszy od sceny na której prezentowali się wykonawcy muzyczni, wijący się przed publicznością w myśl zasady „śpiewać każdy może”, a kończąc na gęsto rozstawionych stanowiskach oferujących różnej maści uciechy dla ciała, zarówno od wewnątrz (jedzenie) jak i z zewnątrz. To drugie było o wiele ciekawsze. Czego tam nie było! Człowiek się uczy przez całe życie, jak słowo daję! Na własne życzenie można było dać się związać, oklepać po pośladkach, wybiczować aż do krwi, przekłuć różnie umiejscowionym piercingiem, wytarmosić, wymęczyć, okaleczyć i doprowadzić do wątpliwej jakości ekstazy. Chętnych nie brakowało; tego jednego dnia mogli przecież bez skrępowania oddawać się swoim kontrowersyjnym zainteresowaniom publicznie, za odgórnym przyzwoleniem władz miasta.

Żar lejący się z nieba ułatwiał celebrowanie święta w pełni; można się było rozebrać tak bardzo, jak kto tylko chciał. Powiem nawet, że strój Adama wydawał się być jedynym słusznym na tę uroczystość. Ewentualnie mógł być zdobiony skórzanymi lub, rodem z imprez gotyckich, dodatkami. Uczestnicy fiesty bardzo różni: starzy, młodzi, kobiety i mężczyźni, drag queens, fetyszyści, swobodni seksualnie, fani wszelkich przebrań. Prezentowali wachlarz strojów (lub ich braku) od A do Z.

Oczy miałam dookoła głowy co rusz trafiając na kolejną postać z bajki. Był więc pewien pan z psem na smyczy (w roli psa kolega pana w masce). Byli panowie – motylkowie, w białym obuwiu, białych gatkach i z równie białymi skrzydłami. Była para z parasolkami i w sukniach rodem z baroku. Była i pani w wieku około sześćdziesiątki, która zakrywała głowę kapeluszem, a w zamian za to eksponowała niewielki, pokryty piegami biust. Była też grupa mężczyzn przepasana jedynie skórzanymi szelkami i urokliwy młodzieniec w czerwonym stroju diabelskiego aniołka. Liczni kowboje, zakonnice i pielęgniarki, dominy i ich poddani roztaczali wokół siebie aurę wszechogarniającej radości, wolności i nieskrępowania. To było wspaniałe uczucie. Szczerze im zazdrościłam tego wyzwolenia.

Kiedy tak szłam ulicą pełną kolorów, śmiechu i głośnej muzyki, bombardowana z każdej strony mocnymi wrażeniami, nagle, gdzieś z głębi tłumu wypłynął on – zupełnie nie pasujący do reszty człowiek, ubrany wyjątkowo nieprzyzwoicie jak tę okoliczność, bo w długie spodnie i zwykłą kurtkę zasłaniające prawie każdy fragment jego ciała. Miał czapeczkę z daszkiem i lekko zbłąkane spojrzenie. I może nie byłoby w tym człowieku nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że w ręku dzierżył, niczym zwycięski proporzec, żółty transparent z optymistycznym hasłem: „Jesus Christ loves you”. Najwyraźniej próbował nawrócić wątpiących w potęgę miłości bożej, ale zupełnie niepotrzebnie. Oni wszyscy byli jej najlepszym świadectwem. Dawali miłość i dostawali ją w zamian, albo zupełnie bezinteresownie rozsiewali ją dookoła. Jezus ich kochał i oni o tym doskonale wiedzieli. W każdym z nich było więcej miłości niż w tym smutnym, bogobojnym człowieku z transparentem. Podejrzewam, że jego oryginalny strój był przez niektórych traktowany jako ciekawe przebranie, więc nie budził u nich aż takiego zainteresowania jakie wzbudził u mnie. A może to było przebranie?

 

Przed knajpo-pralnią, w której wieczorami odbywały się koncerty lokalnych muzyków, zaczynających tamże swoją karierę, stanął lodowy penis. Ot taka rzeźba. Nie miał niestety zbyt wielkich szans na to, żeby się utrzymać długo w tym stanie, zważywszy zarówno na upał jak i na gapiów – macantów, którzy kładli na nim swoje ciepłe dłonie i jeszcze cieplejsze języki. Tym samym nieświadomie kurczyli rozmiary lodowego członka, który po niespełna godzinie wrócił tam skąd przybył. Nie pomogła kartka z ostrzeżeniem “do not touch”.

Kiedy słońce zaczęło się już chylić ku zachodowi, przyszedł koniec naszego ucztowania oraz czas na odszukanie kolejnego gospodarza, który tej nocy miał nam użyczyć swojego dachu nad głową. Zabrałyśmy bagaże i ruszyłyśmy na obrzeża miasta.

I tak oto jednego dnia miałam okazję wkroczyć do dwóch jakże różnych światów: sacrum i profanum, funkcjonujących jednocześnie obok siebie, równolegle, wręcz zgodnie i nie wchodząc sobie nawzajem w rachubę. Tu miłość i tu miłość. A ta jak widać, niejedno ma imię.

Część z tych, których miałam zaszczyt widzieć podczas Folsom Street Fair można obejrzeć tu http://www.chylaszek.eu/ukryte/folsom/ (Przyda się hasło: 1234)

 

EN/

Sacrum Profanum

…that is once upon a time in America

The main thing is to be in the right place at the right time. I realised it, like never before, arriving in San Francisco one day. With hindsight I can say I was really lucky to be there exactly then. If it hadn’t been for a slight change of plans, I wouldn’t be writing this post, but I guess I was meant to do it.

There’s a specific microclimate in SF, which makes the city cold, when the whole California is warmed up by the sun, and the other way round; when everyone out there is cold, SF citizens can go sunbathing. My travel mate and I found out about this when we returned to the city after two weeks of driving around in a rented car. We came across a hot, late September sun, which hadn’t pampered us so much in the previous days. We only had time until 11am, to give back the car. Or else we could have been punished with some extra fee, so we rushed panically through the trafic jams and managed to get out of the one-way streets maze and make it on time at the car rental. Having filled up the gasoline tank and run out of money, we could move on.

Freed from the car responsibility, burdened only with our luggage, we walked towards the Folsom Street which was most familiar to us. We lived there two weeks before and now we were going to eat some breakfast over there (most probably huge banana pancakes with maple syrup). Something held us back though and put off our first meal that day. While walking down one of the central streets we heard some hearty singing spreading around the whole neighbourhood. With each step we took, the voices were louder. You didn’t need to think much what kind of music it was. This style is easily recognisable: Gospel. Merry sounds, rythmical clapping and most beautiful voices reached us from the windows of a nearby block. Say what you like but the gospel “headhunters” know well where to find a real talent. This music is always sung by people with strong and charismatic voices, with power that doesn’t leave anyone indefferent. Maybe this very strength and charisma drag so many people to the countless churches in the US. The one, whose “mass” we were about to experience wasn’t a typical catholic neither protestant church. It was more of a sect, an independent gathering created for the right purpose. The community, whose name I forgot, encouraged to participation both spiritual and financial (of course – after all it woudn’t exist without it). It encouraged so much that anyone could enter the hall and join the service even for a moment. Perhaps some new soul stays in the gathering for longer? So here we were, entering the church. A few people controled the traffic in the room and at the entrance so that everything could run smoothly and there’s no hold-up. Wanna come in? – go ahead. Wanna leave? – you may do so. At this point nobody forces anything upon anyone. Whatever happens, you feel like you’re being there only of your own free will. I wonder if all this is equally noncomittal at higher levels of initiation. However I didn’t risk (despite my vast curiosity of the world) becoming more involved to prove it.

We sat down next to some numerous family and immediately got carried away. After all, we were not in a hurry, and our breakfast… well, we forgot about it for a while. Musical performances would interlace with many volounteers’ speeches. There were stories of helping and showing love, real examples from one’s own life, paramount values repeated like mantra. Some guy walked up the stage and shared his story about how he had lain in a hospital after an accident and a friend from the community had come to visit him and support him bringing something to eat. And he had never ever experienced anything like that before. Suddenly it all got lofty and pompous, so america-wise. Like we know it from the movies, where everybody’s holding their hands convincing one another that there’s nothing better than a community. The boy came down the stage and got replaced by a blonde who impressed me with her voice even more than any other black man singing before. By the way, if I wasn’t loking at her in that moment I would have thought she was black. White people just don’t have this kind of voice – I thought. And yet they do.

We were sitting, listening and wondering how long it takes usually for a gathering like this (calling it a mass would be a bit of an overstatement). One person finishes, the other one starts. Music in turns with words filled up the entire hall. I had a feeling it would be possible to sit there comfortably until evening if only one didn’t have to eat. A propos! We haven’t had our breakfast yet! Suddenly I felt I was hungry. We decided unanimously when to get up and take an English leave. Luckily nobody stopped us (though for a moment I feared this could happen). Having nourished our souls (it was Sunday after all) we moved on to get our breakfast finally. The closer we got to Folsom Street, the more we felt our salivary glands work. By the time we reached the street, they were already very active. But then there was another surprise waiting for us on the spot.

The street is pretty long, touching the center of the city with one end and sneaking out into the sea with the other one. Most of it was closed that day. Unaware of what this whole fuss was about we tried guessing why so many people had turned up in one place. At each cross-street, where you could easily squeeze in, there stood a roadblock. The man, who defended the main entrance like Cerberus didn’t seem convinced at all when we were explaining to him our breakfast issue. However, for some reason, he let us in. By then we already knew we wouldn’t leave this place soon. What we saw was a huge, joyfull open-air party, outstreching on many kilometers. Thanks to a random stroke of fate we enterd the Folsom Street Fair, which is nothing else than an annual celebration of BDSM and all the subcultures related to it. For those who are not familiar with it, BDSM means: B&D – bondage & discipline, D&S – domination & submission, S&M – sadism & masochism. No need to explain that, right?

The party was due to last throughout the whole afternoon and evening. It was only noon and some of the posts were already packed with the curious viewers, making it impossible to push through. There were countless attractions all along the street, beginning with the stage, where musicians presented their talents (or lack of these) and ending with densly set out posts offering all kinds of pleasures for your body, both from inside (food) and from outside. The second one was much more interesting, of course. Things you could find there! I swear, you learn all the time. At one’s own demand one could be tied up, spanked over the buttocks, whipped to blood, pierced anywhere possible, tousled, tormented, maimed, and led to a dubious ecstasy. The place was full of volounteers. On this very day they were allowed to enjoy their controversial hobby publicly without embarrassement at the same time being aproved from above by the city’s authorities.

The heat was unbearable but made it easier to celebrate the party properly. You could undress as much as you wanted. I dare say, Adam’s outfit seemed the most accurate here. It could possibly be decorated with leather, gothic-like accessories. The participants of the fiesta were most various: old, young, women, men, drag queens, fetishists, sexually uninhibited fans of disguise. They presented the whole range of costumes from A to Z. With eyes all around my head I kept bumping into some new fairy tail character. So there was one gentleman with a dog on a leash (his friend playing the dog). There were men-butterflies, wearing white shoes, white pants and equally white wings. There was a couple with umbrellas dressed up like in baroque. There was also one lady, about sixty years old, who covered her head with a big hat and in return exposed her tiny, freckled breasts. There was also a group of men girdled only with leather braces and a charming youngster in a red outfit of a devilish angel. Numerous cowboys, nuns, nurses, dominatrixes and their helots would spread around a vibe of all-embracing joy, freedom and lack of embarassement. It was a great feeling indeed. I truly envied them this spiritual liberation.

While I was walking down the street full of colours, laughter and loud music, with all my senses being pelted from each side, suddenly, out of the blue, I spotted him – a man not fitting in with the surrounding like a square peg in a round hole. His outfit was so inadequate in this case; long trousers and a casual jacket covering nearly every bit of his body. He seemed rather lost. But he wouldn’t have cought my attention if it hadn’t been for the yellow banner he was carrying, like a flag. It had an optimistic slogan on it saying “Jesus Christ loves you”. Most probably he was trying to convert everyone who doubted in the power of god’s love. Needlessly though. They were all the best proof for its existance. They would give love and receive it back in return, or spread it around for free. Jesus loved them and they knew it well. In each one of them you could find more love than in this pious, sad man holding his banner. I suppose some of the people might have considered his original clothes quite a cool disguise, so wasn’t that interesting for them as he was for me. And maybe it was a disguise?

In front of a laundry-pub, where local musicians would begin their career giving a gig every evening, there appeared an ice penis. A sculpture. Unfortunately it didn’t have any chances to remain in this state for long due to both heat and numerous onlookers – touchers, who laid their warm hands and even warmer tongues on it. They would unwittingly shrink the size of the penis, which eventually went back, where it came from within less than an hour. A piece of paper with “do not touch” written on it didn’t help much.

When the sun began to go down we felt it was the right time to leave and find our next host, who was kind enough to let us stay at his place for that night. We took our luggage and moved on towards the subburbs.

And so, on that very day we had the opportunity to enter two extremely different worlds; sacrum and profanum, existing simultaneously, in parallel, next to and not colliding with one another. There’s love here and there. And love, as we all know, is not always the same.

To have a look at some of the people, I had the pleasure to come across, click here:
http://www.chylaszek.eu/ukryte/folsom/ (password might come in handy: 1234)

 

 

 

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *