Navigation Menu+

Wisienka na torcie

Posted on 10.07.2013 by

 

PL/

Etna nie wita z otwartymi ramionami. Nie jest przyjazna dla każdego, a już na pewno nie dla astmatyków. Na dzień dobry serwuje pył i dym, który wdziera się w płuca i nie pozwala oddychać. Po dotarciu do bazy u podnóża wulkanu zaczynasz kaszleć, chociaż nie wiesz czemu, bo nie widzisz przyczyny. Ba! nawet jej za bardzo nie czujesz.

02

101 copy04

Jest gorący i suchy wrzesień. Być może w innych porach roku to miejsce jest bardziej przyjazne, ale ja mogę tylko bazować na tym jednorazowym doświadczeniu. Nie podejmuję się wejścia na szczyt pieszo, chociaż chętnych nie brakuje. Podziwiam tych dzielnych śmiałków, bo trasa jest dość uciążliwa. Nawet nie tyle ze względu na wysokość (ok 3323 m n.p.m. – na skutek wybuchów ta wartość ulega zmianie) co na gaz i popioły wydobywające się stale z wnętrza wulkanu i uprzykrzające wędrówkę pod górę. Zdobywanie szczytu sprowadza się do pokonania długiej, szutrowej trasy, którą idzie się w oparach kurzu wzniecanego przez busy pojawiające się co chwila na tej samej drodze. Ale do odważnych świat należy! – mokra chustka na twarz i po 8 godzinach jesteś na miejscu. Prawie wszyscy, którzy się na to decydują, mówią po skończonym trekkingu, że ich buty są do wyrzucenia. Wierzę. Zresztą być może nie tylko buty…

Zamiast tego można wybrać kolejkę linową i busa – na pewno szybciej, ale i dużo drożej. Niestety.

Mamy pecha. Tego dnia kolejka jest nieczynna. Zepsuła się kilka godzin wcześniej. W odwodzie zostają tylko busy kursujące z dolnej bazy na górę, tam i z powrotem. A zatem do busów drodzy Państwo! Tłok na jakieś 200 osób, poruszamy się w żółwim tempie, popychając się chcący lub niechcący, próbując umilić sobie czas konwersacją z towarzyszami niedoli, jednocześnie narzekając na złośliwość losu, bo że też akurat to się musiało stać dzisiaj (!), a moja siostra słabnie z braku powietrza. Nie jest dobrze. Siada na schodach i powoli dochodzi do siebie.
Już niedługo – sama siebie próbuję oszukać. To przecież tylko kolejka! Kto jak kto, ale my Polacy mamy w takim staniu spore doświadczenie. Stacja wciąż daleko, niczym światełko w tunelu, a my dzielnie czekamy przesuwając się systematycznie do przodu o długość własnej stopy w przeciągu kwadransa.

W końcu, po jakimś kosmicznym, z naszego punktu widzenia, czasie nasza cierpliwość zostaje nagrodzona – wsiadamy do samochodu.

07

Och, jakże warto było czekać! To na pewno jeden z ciekawszych sportów ekstremalnych, jakich w życiu doświadczyłam. Kilkadziesiąt minut obijania się o ściany busa i o siebie nawzajem, jazda po wertepach, w dodatku z marnymi widokami (bo przecież w tych okolicznościach przyrody nawet nie opłaca się myć okien; zaraz i tak znowu będą brudne), sprawiły, że poczułam się, jakbym brała udział w rajdzie Paryż-Dakar. Samochód ulegał tak mocnym wstrząsom, że nawet zażyte uprzednio stosowne tabletki nie mogły powstrzymać mojej choroby lokomocyjnej. Nigdy wcześniej, ani nigdy później mi się to nie przytrafiło (a było iść na piechotę…).

Niezależnie od tego jaki sposób dotarcia na górę wybierzemy, czeka nas sporo wrażeń i równocześnie, niezależnie od tego na którą opcję się zdecydujemy, to, co zastaniemy na górze, zrekompensuje wszelkie niedogodności drogi na szczyt. Tu następuje bowiem najprzyjemniejsza część – chociaż tylko wizualnie, bo warunki nadal nie są łatwe. Jeżeli kiedykolwiek wyobrażałam sobie jak wygląda Księżyc z bliska, to właśnie tak. Krajobraz na Etnie jest inny niż wszystko, co widziałam do tej pory; żadnej roślinności, tylko pustka. Jest mgliście i zimno, choć słońce w pełni. Jest wietrznie; tak bardzo, że chwila nieuwagi może się skończyć upadkiem do jednego z pomniejszych kraterów (poziom zabezpieczeń pozostawia wiele do życzenia). Zmienić film w aparacie w takich warunkach – nie lada wyzwanie. Muszę jednak jakoś wybrnąć z tej sytuacji, bo ręka przykleja mi się do aparatu i nie chce przestać pstrykać. Znajduję życzliwe dusze, które osłaniają mnie od wiatru. Jest malowniczo, kosmicznie, surowo, przenikliwie zimno i trochę groźnie; jak na obcej, niezamieszkałej jeszcze przez nikogo planecie. Dojście do głównego krateru na własne ryzyko; teoretycznie nie wolno. Ale nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc smakuje najbardziej, więc nie brakuje tych, którzy to ryzyko podejmują. Dopiero tutaj czuję, po co przyjechałam na Sycylię.

Mimo tych wszystkich przeszkód, które pojawiają się po drodze, albo może właśnie ze względu na nie, warto się wybrać na Etnę; nie przesadzę chyba, jeżeli powiem, że to wisienka na sycylijskim torcie.

 etna 33 01 new 2 09   0510 new  08OLYMPUS DIGITAL CAMERAEN/

The icing on the cake

Mount Etna doesn’t give a warm welcome. It isn’t friendly for everyone, especially not for asthmatics. It greets you with dust and smoke, which gets into your lungs making your breathing hardly possible. You start caughing but you don’t know why, as you don’t see the cause. Well, you don’t even smell it that much!

It’s a hot and dry September, 2008. This place may be more pleasant in other seasons, but I can only refer to this one particular experience. I don’t dare climbing up the mountain by foot, although there are many who do so. I truly admire them, cause the track is arduous – not so much because of the altitude (about 3.323 metres ASL – it tends to change due to eruptions) but more on account of the gas and ashes constantly coming out of the volcano and making the whole way up even more difficult. But hey! Fortune favours the brave! Put a wet cloth onto your face and you”ll make it to the top within 8 hours. Most people who do that keep repeating one thing: you can throw away your shoes after this kind of trekking. I believe that. As a matter of fact, maybe not only shoes…

You can always choose a cable car and a bus as an alternative. It’s faster for sure, but also much more expensive.

Bad luck! The cable car just broke down and we’re left with only the buses driving up and down from the base to the top of the mountain. Ladies and gentlemen, get on board! We’re in the middle of a crowd of about 200 people, moving forward at a snail’s pace, shoving one another and complaining that this had to happen exactly today, and my sister faints due to lack of air. That’s no good. She sits down on the stairs trying to come round. We’ll get there soon – i’m deceiving myself. It’s only a queue! After all, we, Poles, have a lot of experience in standing in all kinds of queues. The station is still far away, like a light in the tunnel. We keep waiting and moving forward by the lenght of one’s foot in about 15 minutes.

Finally, after some cosmic amount of time (judging from our point of view) our patience is rewarded – we get on the bus.

Oh, it was so worth waiting! This is probably one of the most interesting extreme sports i’ve ever experienced in my life. Several dozen of minutes of crowding in the car, bumping into each other, with a rather lame view outside the windows (in these circumstances they’re not even worth cleaning, as they will get dirty soon anyway) let me believe i was taking part in The Paris-Dakar Rally. The bus was shaking so badly that even despite the proper pills I felt sick all the way up. Never have I felt that way before (should have climed up by foot…).

No matter by what means we get to the top of the mountain, we can await lots of atractions, and whichever option we choose, our effort will be compensated by what we get to see there. Here comes the best part – at least visually, since the conditions are still tough. If I ever imagined the Moon in a close-up, the landscape on Etna illustrates that accurately. It is so different to all I’ve seen so far; just one great emptiness. It’s foggy and cold, although the sun is high. It’s so windy you have to be careful not to fall down into one of the smaller craters (the safety level leaves a lot to be desired). Changing the film in your camera now seems to be a hell of a challenge. And yet I must get out of this situation somehow, as my hand got stuck to the camera and couldn’t stop taking pictures. Friendly souls shelter me from the wind. It’s so beautiful up here; cosmic, raw and a little scarry, like on a foreign planet. Getting closer to the main crater – at your own risk. Theoretically it’s not allowed but it’s a common knowledge that the forbidden fruit is the sweetest, so there are many who take up that risk. Only here and now do I realise what I came to Sicily for.

Despite all the obstacles you come across on the way, or maybe because of them, Mount Etna is really worth visiting; it’s the icing on the Sicilian cake.


Share

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *